Którędy?

Często o tym wspominam, ale tym razem – naprawdę – jestem na rozdrożu. Decyzja z pozoru prosta, w końcu wybór spośród dwóch opcji: jedna to trakt biegnący w prawo, druga – w lewo.

I chyba takie decyzje są najtrudniejsze. Tym bardziej wtedy, gdy wiążą się z ryzykiem utraty gruntu pod stopami. Zabierają tę pozorną – ale jednak – stabilność, w zamian dając poczucie, że wszystko jest możliwe, ale i niepewne.

Nitka spalonego przeze mnie mostu ledwo ocalała i nie ma sensu próbować z niej korzystać. Jeśli nie ten most, nie ta nitka, po której – kto wie – może jakoś dałbym radę przejść na drugą stronę, z powrotem, to zostaje tylko ciemna kraina, w której nie wiem czego się spodziewać.

Może być tak, że po dwóch krokach okaże się jasną i kolorową polaną.

Najprawdopodobniej jednak, będzie po prostu życiem, z całą gamą swoich kolorów. Raz wspomnianym rajem, a innym razem brudnymi i cuchnącymi moczarami, przez które nie sposób przeprawić się suchą nogą. Będzie to jednak MOJE życie, przeze mnie wybrane i przeze mnie kosztowane, ze wszystkimi swoimi cieniami i blaskami.

I jasne – powiedz człowieku o co ci w ogóle chodzi, a nie pieprzysz jakieś opowieści dziwnej treści – i oczywiście do tego zmierzam, chociaż czy potrzebny jest tutaj konkret?

Każdy ma takie decyzje do podjęcia w pewnym momencie życia albo i nawet bardzo często. W prawo – serce i twoje wnętrzne, w lewo – nie, nie rozum, to nie ta bajka. Po lewej stronie presja otoczenia, przyzwyczajenia, pozorne bezpieczeństwo.

I w końcu dorosłem do tego, by wybrać ryzykownie – okej – ale przynajmniej po swojemu.

Reklamy

Czy w końcu…

Czy przyjdzie w końcu moment, w którym będę na odpowiednim miejscu w życiu, i przestanę być kurwa wiecznie rozdygotany w środku?

 

Nie, nie przyjdzie. Takie rzeczy nie przychodzą SAME.

Na takie rzeczy się pracuje, i takie stany się TWORZY!!!

Hello from the other side

O tak nowości, do których mnie ciągnie jest bardzo dużo:

  • Studia językowe
  • Tworzenie muzyki
  • Spotykanie się, poznawanie nowych osób (w tym również dziewczyn, rzecz jasna ;))
  • Pisanie

 

A czuję się bardzo różnie, raz zajebiście, innym razem fatalnie, ale chyba tak to właśnie jest u większości. Również mocno zastanawiam się, czy na takim blogu, na który sporadycznie ktoś zagląda, pisałoby się tak samo jak na kartce papieru, do której nikt oprócz ciebie nie ma dostępu.

Teoretycznie przelewasz swoje uczucia w takich samych słowach, ale być może podświadomość robi swoje, a gdzieś tam iskrząca się w zakątkach świadomość dotycząca odczytywania to przez innego człowieka, zmienia jednak to co wstukujemy do komputera:).

Jeszcze parę godzin temu czułem się jak rozmemłana kupa, za przeproszeniem, a obecnie czuję się nawet dość stabilnie, pomimo tak wielu zmian, które ostatnio zachodzą w moim życiu.

Medycyna…już do tego nie wrócę, nie będzie mnie już na żadnych zajęciach z tej dziedziny, i nawet trochę mi smutno, ale chyba tylko dlatego, że mam tak zajebistą grupę, że w głowie się nie mieści :).

Prawie nikt jeszcze o tym nie wie, ale ja już dobrze zadbałem o to, żeby był to most spalony. Jakaś nitka tam jeszcze jest, po której ewentualnie można by wrócić, ale jest ona naprawdę wątła, a ja przecież nie taki lekki;).

Co dalej? Zobaczymy, ale będzie dobrze:).

Medical school

It is something that constantly bothers me for like 5 or 6 years now. Before i started medical school, i never thought about being a doctor. I had multiple ideas concerning languages, music, philosophy or many others, somehow medicine was never one of them.

Both of my parents are doctors, but this factor itself didn’t put me in the feeling that I will actually do the same. In the last class of highschool though i started dating girl from my class, who were planning to study medicine. Somehow, factors put altogether led me to choosing this path.

It was tiring for me from the start of preparation to medical school, i liked biology, but preparing for chemistry literally was nerve wrecking experience for me.

Then i got to the medical school (not at first, but after a year), and from the beginning i had some problems like being nervous, lowered self – esteem, very stressed etc. I had problems with learning, i started to suffer from depression and anxiety, which is still happening, although it is better.

Then i thought it might be coz of wrong school or wrong girl. I Left the girl recently (half a year ago) after over 7 years together.

At first it was better and i thought it will be ok, but then i feel like it is over and over again, with depression, anxiety, not coping with exams etc.

Worth mentioning is the fact, that i failed to pass twice (so 2 years extra failed).

Now I am about to fail the third time, it is possible. I just can’t focus on learning, it upsets me a lot, i do everything to avoid it, procrastination in every possible form, then the last 2 days or so before an exam i stressfully try to learn it.

I can’t fail again, my parents, i can’t do it to them and it is overall just fked up situation.

Medical studies never gave me passion or happiness as you presume, but still leaving it halfway through is somewhat risky.

How would you see this from your point of view?:)

Thank you for replying in advance, and I am kinda sorry for this wall of text, but I felt an utmost need to write it, so i hope you can spare a moment for reading and replying :).
PS. Every time i was about to fail a year or so, i felt kind of relief and joy.

Have a good day 🙂

Dzień dobry wieczór :)

Tak jak dzisiaj jest rzadko, ale od czasu do czasu mi się zdarzy. Byłem dzisiaj umówiony w dwa miejsca, ognisko i miasto, na pierwszym miałem być, na drugim być może.

Jest godzina 22:15, ognisko wystartowało ponad 3 godziny temu. Ja siedzę w domu, obecnie przed komputerem. Nie siedzę w nałogu, ale po prostu taki stan apatii troszkę się wkradł. To niekulturalnie umówić się gdzieś i nie przyjść, nawet jak będzie tam sporo ludzi, i nieważne że jednej osoby akurat nie będzie. Z drugiej strony w takie dni tak właśnie potrafię się zachować. Przeciągać wszystko w nieskończoność, odpalać coraz to nowe utwory z głośników, coraz to nowe refleksje w głowie.

W takim momencie chcę po prostu siedzieć w domu, zastanowić się nad paroma sprawami, a nie gdzieś wychodzić i wracać nad ranem, z cieńszym portfelem i zdrowiem na kolejny dzień. Naprawdę lubię wychodzić, bawić się, pić też lubię, chociaż ostatnio piję wolniej i mniej. Niespecjalnie mam ochotę przykrywać alkoholem mojego strachu, czy indukować dobry humor. Co to za zabawa, co to za humor, skoro jutro niewiele z tego pamiętam albo po prostu, skoro potrzebowałem do tego wspomagaczy. Nie do tego dążę.

Nadal jest mi głupio, że tam nie pojadę, mimo wszystko.

Dzisiaj to mam ochotę postanowić w ogóle ograniczenie wyjść i skupienie się na pracy nad sobą i nad tym, co by mnie przybliżało do takiego życia, jakie tak naprawdę chciałbym prowadzić. Co mi po tych wyjściach.

Czy to depresja czy lenistwo, czy obie rzeczy na raz, nie podoba mi się życie na 5%. Jest to jednak dość hm…no nie polecam xD.

Czy u wszystkich to tak wygląda, że trzeba sobie żyły wypruć, bo inaczej nic z tego nie będzie? Pewnie tak, zawsze trzeba się ostro napracować na własne szczęście, tak myślę.

Kurwa, ale tak wiedzieć, co by się chciało robić, jak żyć, to już by było spoko, mieć taką pewność: „okej, chcę być ślusarzem, muzykiem, kinomanem, cosplayerem, szewcem”. Kimkolwiek no, i do tego dążyć. A nie tak wszystko jak po omacku z co chwilę wariującym kompasem jako głównym kompanem w tej drodze.

Gorycz w lukrze ;)

Potrafimy się uśmiechnąć, oczywiście

Potrafimy żartować, śmiać się do rozpuku

A w środku wszystkich nas, ta sama gorycz

Ziejąca niepokojem pustka

Nie wiemy czym ją przykryć

Nie wiemy czym takie pustki się przykrywa

A może to tylko ja

Antymetoda – uciekanie, edycja druga

Już kiedyś pisałem o tym, jak kompletnie niszczącą i generującą stres metodą jest uciekanie od trudności. Przez dłuższy czas ostatnio, nie stosowałem już jej tak namiętnie jak wcześniej, ale przez ostatni tydzień znowu mi towarzyszy jako numer jeden.

Podobno nie można uciec od emocji (bo od tego uciekamy, wybierając inną aktywność, niż tę, która wymaga załatwienia) i to prawda, bo prędzej czy później trzeba się z tym zmierzyć. Czy chcesz to zrobić teraz, od razu i mierzyć się z mniejszym jeszcze stresem i mniejszym potworem czy poczekasz aż się naje i urośnie, licząc po cichu na to, że sobie pójdzie, to już zależy od ciebie.

Przyznam, że zaniechanie czegoś przez jeden dzień nie prowadzi do ogromnych strat, ale prowadzi do czegoś innego. Stwarza grunt do dalszego przesuwania obowiązku na kolejny i kolejny dzień. Taki łańcuch zdarzeń potrafi już mocno potrząsnąć wewnętrznym spokojem.

Przykład:

Nie byłem na ostatnich zajęciach w piątek, na których miałem odpowiadać z jednego tematu. Obiecałem sobie, że pójdę odpowiedzieć w poniedziałek. Mamy czwartek i zgadnijcie kiedy byłem odpowiadać. Pomogę wam: jutro :D.

Dodatkowo w poniedziałek miałem zanieść ważne pismo do dziekanatu i zanoszę je dzisiaj, zaraz wsiadam w samochód i jadę, bo już mnie cholera bierze. Zamiast załatwić wszystko w poniedziałek i mieć spokojny wolny tydzień, to ja trzymam ten stres w sobie, jakbym nie chciał odpocząć i nie chciał mieć wszystkiego załatwionego. To niesamowite jak potrafię być nielogicznie i głupio się zachować.